Felietony

18 marca 2012

"Nowa restauracja Pho Vietnamese - recenzja"


Pho Vietnamese Ármúli 21, 108 Reykjavík | © KuchniaAzjatycka.com

Trochę kazali na siebie czekać. Kiedy przed Wigilią byliśmy w sklepie Vietnam Market, właściciel, jakby  w ramach prezentu gwiazdkowego, oznajmił, że niedługo otwierają restaurację wietnamską. Pierwszą wietnamską restaurację na Islandii.  Podskoczyliśmy z radości i zapytaliśmy kiedy otwarcie. Usłyszeliśmy tylko, że za jakiś miesiąc wszystko powinno być gotowe. Za każdym razem, kiedy odwiedzaliśmy Vietnam Market (co kilka dni) pytaliśmy o postępy w pracach nad restauracją, a termin otwarcia regularnie się przedłużał. Słyszeliśmy zawsze: „za dwa  tygodnie”, „jednak za następne dwa tygodnie”, a my nie mogliśmy się już doczekać. Właściciele zamieścili nawet na swoim „fejsbuku” zdjęcia z restauracji i wszystko wyglądało już na gotowe. Sama kuchnia wygląda na lepiej wyposażoną niż w wielu znanych i renomowanych restauracjach. A jednak nadal nie można było tam pójść i rozkoszować się smakami Wietnamu. Jakiś tydzień temu właściciel Vietnam Market zaprosił nas na zaplecze i rozglądając się na boki, czy aby nikt nie podgląda, pokazał nam menu swojej restauracji. No litości! Myśmy byli już tak spragnieni zjedzenia tam, a ten sadysta pokazuje nam apetyczne zdjęcia swoich potraw! Tłumaczył, że długo schodzi z otwarciem restauracji, bo walczy ciągle z biurokracją. Jak twierdził, codziennie przyłazi do niego jakiś urzędnik i każdy domaga się sporych pieniędzy w ramach opłaty za bliżej nieokreślone pozwolenie. Facet marzył o karmieniu ludzi, a musi walczyć z systemem. Takie życie. Jakby nie było, menu, które nam pokazał wyglądało naprawdę zachęcająco. Wreszcie po kilku dniach, z wyraźnym uśmiechem na ustach, podał nam termin otwarcia. No wreszcie!

Restauracja Pho Vietnamese niestety dla nas nie jest w samym centrum. Lokal mieści się na Ármúli 21, w niezbyt urodziwej dzielnicy biurowej. Może wszyscy ci panowie w garniturkach i panie w garsonkach polubią wietnamskie smaki. Oby... Z drugiej strony lokal w samym centrum byłby znacznie droższy, co przełożyłoby się na ceny potraw. Więc może ja już będę sobie chodził na to Ármúli 21.

Co tu kryć, wszystkie budynki w tamtej okolicy są albo brzydkie albo wręcz szkaradne. Po prostu taki urok miejsca. Z zewnątrz więc Pho Vietnamese jakoś szczególnie nie zachwyca, ale to nie ich wina. Rzuca się za to w oczy spory napis nad wejściem, więc bez problemu można tam trafić. W środku już jest znacznie lepiej. Przede wszystkim lokal jest większy, niż się wydaje z zewnątrz. Jednak, mimo iż jest spory, to nadal jest całkiem przytulny i miło się tam siedzi. Na stolikach stoją sosy chili, sos hoisin, podstawki na pałeczki i ceramiczne łyżki do zup. Brakowało tylko większej ilości serwetek ale nie można tego uznać za jakiś szczególny dramat, którego nie dałoby się rozwiązać. Menu jest bardzo przejrzyste i ma jedną podstawową zaletę: jest krótkie. Są restauracje, które w swoim menu umieszczają setki potraw. Znam taką jedną tajską restaurację w Reykjavíku, która ma ponad 250 pozycji. Ćwierć cholernego tysiąca, wyobrażacie to sobie? W Pho Vietnamese jest tylko nieco ponad 20 potraw, nie licząc dań dla dzieci i deserowych napojów i koktaili. Jeśli w restauracji jest niezliczona ilość pozycji w menu, to oznacza to tylko jedno: restauracja nie używa świeżych produktów. Żaden lokal nie jest w stanie zamawiać codziennie świeżutkich warzyw, mięs, ryb i owoców morza, tak aby dać radę przyrządzić z nich 250 różnych potraw. A nie po to idę przecież do restauracji, żeby jeść rozmrażane półprodukty i zatęchłe warzywa. Fakt, że w Pho Vietnamese jest tylko dwadzieścia parę dań w menu, to ich wielki, wielki plus. Zdjęcia w menu Pho Vietnamese są naprawdę zachęcające. Nie ma nic gorszego, niż zdjęcia potraw zrobione byle komórką przez właściciela lub co gorsza ściągnięte z sieci. Tutaj na talerzu dostaniecie dokładnie tak wyglądające danie, jak to, które zamówiliście. Miła rzecz.

Krótkie i ładne menu, apetyczne zdjęcia potraw... Wszystko pięknie, ale co z samymi daniami? Przede wszystkim są duże. Miska zupy jest naprawdę spora, z ogromną ilością składników i dodatkowo talerzykiem z kiełkami i kolendrą. Nie ma takiej opcji, żeby się taką zupą nie najeść. Na przystawkę zjedliśmy letnie, surowe sajgonki, czyli naszą ulubioną potrawę wietnamską. Najczęściej spotykane sajgonki są smażone, a te podaje się na surowo z sosem nuoc cham do maczania. Były naprawdę smaczne, ale... Jak na warunki islandzkie, to ilość ziół, warzyw itp. jest w nich naprawdę duża. Islandczycy nie są miłośnikami zieleniny, więc i tak mogą zawału dostać, gdy zobaczą wszystkie te warzywne dodatki. Z nami sprawa jest nieco inna. My uwielbiamy nasze sajgonki, tak jak i wszystkie inne potrawy azjatyckie, jeść z jak największą ilością świeżych ziół i warzyw. Gdybyśmy więc dostali ich nieco więcej, bylibyśmy wniebowzięci. Ale i tak sajgonki były bardzo smaczne. Fajne jest to, że jeśli zamawiacie jakieś danie, do którego podany ma być sos do maczania, możecie poprosić o większą ilość papryczek chili, jeśli lubicie wyraźniejsze smaki. My lubimy. Zamówiliśmy też naprawdę ładnie wyglądające danie, składające się z dwóch sporawych kawałków grillowanej wieprzowiny na patyku, chrupiącej smażonej sajgonki, krewetek grillowanych na trzcinie cukrowej, makaronu ryżowego i sporej ilości warzyw i ziół. Z tego zestawu smakowało mi dokładnie wszystko. Mięso było soczyste i aromatyczne, krewetki miały lekko słodkawy posmak, a sajgonka najlepsza, jaką można zjeść na Islandii. Ja to bym oczywiście dołożył do tego zestawu również i inne rodzaje ziół i warzyw, ale chyba już o tym wspominałem wcześniej...

Wielkim plusem Pho Vietnamese jest fakt, że do dań z kurczaka używają rzadko spotykanych w innych restauracjach (tak naprawdę to jeszcze nigdy się nie spotkaliśmy, ale nie bylismy przecież we wszystkich restauracjach na Islandii) kurczaków, które za życia biegają sobie luzem i miały okazję w tym swoim życiu zobaczyć nieco otaczającego ich świata. Smak takich kurczaków jest naprawdę świetny, w porównaniu do nijakich kurczaków hodowanych masowo. Można takie kurczaki kupić m.in. w Vietnam Market, jakby ktoś ich szukał.

Ogólnie rzecz biorąc jedzenie w Pho Vietnamese jest naprawdę smaczne. Nawet odliczając kwestię niewystarczającej ilości ziół, czego pewnie inni jakoś nie będą aż tak przeżywać jak my. To co jest najprzyjemniejsze, to fakt, że jedzenie jest wreszcie inne, niż w innych azjatyckich restauracjach. Zauważyliście pewnie, że nieważne czy pójdziecie w Reykjavíku do restauracji tajskiej, chińskiej czy nawet indyjskiej, to jedzenie wygląda podobnie, nazywa się podobnie i co gorsza smakuje podobnie. Wszystkie te kurczaki w sosie curry i inne nudy. W Pho Vietnamese dania wyglądają i smakują inaczej. A przecież fajnie jest odkrywać nowe smaki.

W Pho Vietnamese podają bardzo dobre napoje i koktajle. My zamówiliśmy sobie napój tęczowy (Chè ba màu). Napój podawany jest w wysokich szklankach, wypełnionych słodką fasolą na dole, kulką ze zmielonej fasoli mung (najprawdopodobniej), zielonego czegoś (chciałbym wiedzieć więcej ale nie wiem) o galaretkowej konsystencji, mleka i porażającej ilości kruszonego lodu. Całość miała lekko waniliowy smak i była naprawdę dobra i ciekawa. Rozumiem, że w Wietnamie jest gorąco i taki napój byłby cudowny na ochłodzenie organizmu. My go jednak wypiliśmy wczoraj, gdy na dworze było minus kilka stopni i chyba doprowadziliśmy się do stanu tymczasowej hipotermii. Ale było warto, bo było naprawdę smaczne.

Spróbowaliśmy w Pho Vietnamese wielu potraw. Zapłaciliśmy niewiele. Myslę, że Pho Vietnamese, to jedno z najtańszych miejsc w mieście. Miska naprawdę pożywnej i wypełnionej składnikami pikantnej zupy kosztuje 1450 ISK. Konia z rzędem temu, kto znajdzie równie zdrową, pożywną i tak dobrej jakości propozycję w Reykjavíku. Surowe sajgonki podane z pysznym sosem do maczania kosztują 990 koron. No dobra... W porcji są tylko dwie sajgnki ale są dość długie i smaczne. Poza tym to tylko przystawka. Cokolwiek co nadaje się do  jedzenia i dodatkowo jest smaczne, zdrowe i kosztuje poniżej 1000 koron może być uznane na Islandii za praktycznie darmowe. Pho Vietnamese to bardzo tania restauracja, podająca naprawdę smaczne i zdrowe dania, przyrządzane z dobrych składników. Czego chcieć więcej?





22 października 2011

"Okrągła pokusa"


Fakt mieszkania niemal pod kołem podbiegunowym, nie oznacza, że jesteśmy odcięci od przyjemności świata położonego poniżej tego punktu geograficznego. Sam nasz blog główny (www.kuchniaazjatycka.com) i wszystkie te azjatyckie potrawy, które przyrządziliśmy i zjedliśmy jest tego dobrym dowodem. Mieszkańcy naszej wyspy też zdecydowanie nie sprawiają wrażenia istot, które strasznie odczuwałyby izolację. Wiem, że większość artykułów poświęconych Islandii przedstawia ją jako miejsce, gdzie pogrążeni w depresji muzycy niekonwencjonalni topią swoje smutki w hektolitrach wódki o smaku słonej lukrecji, pogryzając zgniłego rekina. Jednak w rzeczywistości ludzie żyją sobie tutaj dość normalnie. Powiedziałbym nawet, że "maleńkość" naszej wyspy i ilość możliwych przyjemności, które czyhają na człowieka, jest zdecydowanie nieproporcjonalna. Jedni więc mają problem z odmówieniem sobie, gdy przejeżdżają koło salonu Porsche. Inni zerkają wygłodniale na sklep z najnowszym modelem telefonu z literką "I" z przodu. Mnie nie stać na Porsche (a nawet gdyby mnie było stać, to bym sobie takowego nie kupił, bo bym w nim wyglądał jak głupek), a "Ikomórka" jest mi całkowicie zbędna i również pozostaje poza zasięgiem mojego starego wytartego i pustego portfela. Zostają więc bardziej przyziemne przyjemności, jak np. jedzenie, które jest dla mnie bardzo ważne.

Nie wiem ile jest restauracji w Reykjavíku, ale podejrzewam, że mniej więcej ze 2 miliardy. Myślę, że z tendencją bardziej na więcej niż mniej. Podczas gdy cały świat pogrążony jest w wielkim kryzysie, Islandczycy postanowili chyba nadać słowu "kryzys" jakieś nowe znaczenie, które byłoby nieco bardziej "cool". Z jednej strony spotykają się pod parlamentem, żeby tam robić bardzo dużo hałasu i rzucać jajkami. Z drugiej strony popiją w czasie protestów caffè latte z pobliskich kawiarni (jest ich około ćwierć miliarda w okolicy parlamentu) i posilają się w popularnych restauracjach i barach (bez mała miliard). Kryzys kojarzy się z upadającymi firmami, ludźmi odmawiającymi sobie przyjemności, ale na "cool" wyspie pogrążonej w "cool" kryzysie, sytuacja ma się nieco inaczej. Padają sklepy, padają firmy budowlane, szpitale, ale powstają restauracje. Jeśli dzisiaj zobaczę, że jakiś sklep właśnie się zlikwidował, to mam niemal pewność, że na jego miejscu powstanie kawiarnia lub restauracja. W ostateczności będzie to galeria sztuki nowoczesnej z instalacją artystyczną przedstawiającą 100 metrów sznurka pakowego owiniętego wokół starego kaloryfera. A i tak w tej galerii będzie można wypić kawę i zjeść ciastko. Restauracje wyrastają jak smocze łby - zlikwiduje się jeden sklep i powstają trzy nowe lokale gastronomiczne. Nie ma to żadnego sensu, ale tak to tutaj wygląda. Ten biedny naród, w sobie tylko wiadomy sposób, zapełnia wszystkie te lokale do ostatniego miejsca w ciągu pierwszej minuty działalności rzeczonego przybytku. Staram się sobie przypomnieć jakąś restaurację, która by ostatnio padła i nic mi nie przychodzi do głowy. Jedyna, jaką kojarzę, że już jej nie ma, zamieniła się w muzeum ptaków, ale z uroczą kawiarenką, więc właściwie to się nie liczy. Nie wiem jak dokładnie jest w innych państwach, ale oglądam Kitchen Nightmares i tam Gordon Ramsay straszy wszystkich, że restauracje padają jak muchy. A tutaj w momencie pisania tego tekstu najprawdopodobniej powstała sporawa ilość punktów gastronomicznych. 

Lokale, które nie powstały w czasie kryzysu, też mają się dobrze. Koło naszego domu jest, na ten przykład, najlepsza pizzeria na Islandii. Jest to dla mnie absolutny koszmar, ponieważ wydobywają się z niej genialne zapachy, które docierają do moich nozdrzy w tajemniczy sposób właśnie wtedy, kiedy jestem najbardziej głodny. Pizzeria Eldsmiðjan jest znana ze swojej wspaniałej pizzy, wypiekanej w wielkim, klasycznym piecu. Gdy wynajmowałem to mieszkanie, zasugerowałem właścicielowi, żeby odliczył mi koszt kupowania pizzy od czynszu, ale jakoś nie przypadł mu ten pomysł do gustu.

Musicie wiedzieć, że jestem miłośnikiem dobrej pizzy. Oczywiście najbardziej na świecie lubię potrawy kuchni azjatyckiej, ale pizza na bardzo, bardzo, bardzo cienkim i chrupkim cieście jest tym, co sprawia, że czasami odchodzę od smaku galangala i trawy cytrynowej. Problem w tym, że pizza w tym szalonym kraju jest droga. Pizza w pizzerii koło mojego domu jest jeszcze droższa. Za dwie pizze (jedna dla mnie a druga dla Mojej Znacznie Lepszej Połowy, Która Też Lubi Pizzę - MZLP,KTLP) trzeba zapłacić tyle, ile za gigantyczne zakupy w sklepie Vietnam Amrket. Czasami zdarzało nam się ulec pokusie ze stratą dla mojego starego portfela i sklepu Vietnam Market. Zawsze jednak czuliśmy trochę wyrzuty sumienia. Wiele razy próbowaliśmy sami sobie zrobić pizzę, ale wychodziła nam nawet i smaczna, ale nie na tyle, by nie myśleć o cholernej pizzerii Eldsmiðjan za rogiem. Aż do teraz. Poduczyliśmy się nieco, popróbowaliśmy i jest! Nie mamy w domu porządnego pieca, ale i tak pizza, którą teraz zrobiliśmy smakowała tak genialnie, że żadna siła nie zmusi mnie do kupienia pizzy poza domem. Nasze ciasto jest genialne a sos wspaniały. Czego chcieć więcej? Eldsmiðjan - pokusa, która czyhała na mnie za rogiem, nie jest w stanie skusić mnie już niczym. Ponieważ nie chcemy całkowicie odciąć się od „islandzkiej pizzy” nadaliśmy naszym pizzom islandzkie imiona, pochodzące od nazw wulkanów. Mamy więc pizzę „Hekla”: z pomidorami, bazylią, rukolą i mozzarellą oraz pizzę „Katla”: z pepperoni, rukolą, ananasem i cebulą. Koniecznie zobaczcie i wypróbujcie przepisy na nasze "wulkaniczne" pizze. Smacznego!




28 lipca 2011
"Aparat z funkcją egzorcysty"


Szczerze mówiąc to obawiam się pisania dalej. No ale tak trochę głupio skończyć po pierwszym zdaniu. Omówiłem już w poprzednich felietonach etap zakupów i etap gotowania. Mogę nas pochwalić, bo w zakupach jesteśmy z każdym dniem coraz lepsi. Rozgryzamy każdy sklep i już każdy sprzedawca na nasz widok ucieka na zaplecze, bo wie, że łatwo z nami nie będzie. Etap gotowania, to już niemal pikuś. Moja Zdecydowanie Znacznie Lepsza Połowa (MZZLP) odnajduje się w kuchni doskonale. Ponieważ nasz budżet jest minimalny, żeby nie powiedzieć nieistniejący, to MZZLP nie ma jednak w kuchni lekko. Cierpimy na stały brak sprzętu i miejsca. Na szczęście MZZLP łączy w sobie kobiecą grację, naukową sumienność i pomysłowość Adama Słodowego. Ostatnio stworzyła malakser, korzystając z papierowej flagi Islandii, którą dostaliśmy z okazji zdobycia srebrnego medalu w piłce ręcznej przez islandzką reprezentację na Olimpiadzie Letniej w Pekinie w 2008. Nie pytajcie o szczegóły. 

Ale to nie o zakupach czy gotowaniu dzisiaj miałem pisać. Dzisiaj przyszedł czas na temat dla mnie wyjątkowo drażliwy. Fotografowanie naszych potraw. No bo to jest tak... Jaki byłby sens prowadzenia bloga kulinarnego bez zdjęć potraw? Żaden. Jaki byłby sens bloga kulinarnego z brzydkimi zdjęciami potraw? Żaden. Czyli zdjęcia muszą być i do tego muszą być ładne. Taki jest plan. Teoretycznie w naszym tandemie za zdjęcia odpowiedzialny jestem ja. Teoretycznie, bo oczywiście bez MZZLP i tak nie dałbym rady nic zrobić. Ale do rzeczy. Do fotografowania potraw potrzeba kilku elementów: potrawy, pomysłu na aranżację, sprzętu i fotografa. Załóżmy, że potrawa już jest. Załóżmy nawet, że pomysł na zdjęcie jest. Kwestia sprzętu jest drażliwa, gdyż właściwie go nie posiadamy. Niektórzy twierdzą, że za dobre zdjęcie nie jest odpowiedzialny aparat tylko fotograf. Jest w tym sporo prawdy. Mniej więcej tyle samo, co w powiedzeniu „pieniądze szczęścia nie dają”. Szczęściu pieniądze zdecydowanie nie przeszkadzają, a przy fotografowaniu potraw sprzęt jest jednak przydatny, jeśli chcemy, żeby zdjęcie naprawdę wyszło dobrze. My jakoś radzimy sobie za pomocą nieco już przestarzałego aparatu (Nikon D200), kompletnie nie nadającego się do tego typu zdjęć obiektywu (Nikkor 18-200 f3,5-5,6), kilku arkuszy papieru służących jako tła, niezliczonej ilości misek i trzech lampek ze sklepu IKEA. Czasami korzystamy jeszcze z białego blatu kuchennego. Nie jest to typowe wyposażenie niezbędne do fotografowania jedzenia.

Oprócz sprzętu do tego wszystkiego niezbędny jest jeszcze fotograf. Fotografa w ogóle nie mamy. Mamy mnie. I tu się pojawia znaczny problem. Tak naprawdę, to ja nie umiem robić zdjęć. Kiedy kupiliśmy nasz aparat, absolutnie go nie znosiłem. Był ciężki, miał dużo dziwnych przycisków i pokręteł i nigdy nie robił tego, czego ja akurat chciałem. Zwyczajnie był dla mnie zbyt skomplikowany. Jestem mężczyzną i czytanie instrukcji do czegokolwiek wydawało mi się zajęciem poniżej mojej godności. Książki o fotografowaniu również mnie przerażały. Wszystkie te przesłony, czasy i czułości brzmiały strasznie. Z czasem przekonałem się jednak do mojego ciężkiego aparatu, a instrukcję obsługi znam już na pamięć i nawet moja męskość z tego powodu nie ucierpiała. Czytam chyba wszystkie możliwe artykuły, książki, fora i strony poświęcone fotografii. Ale nadal nie mogę powiedzieć, że umiem robić zdjęcia. Być może brak mi artystycznej duszy, być może zwyczajnie nie jestem nazbyt rozgarnięty. Do tego dochodzi jeszcze moja psychika. Jestem niecierpliwym perfekcjonistą. Zwykły perfekcjonista dąży do perfekcji, niecierpliwy chce perfekcji od razu. Jest to oczywiście niemożliwe, a do tego dochodzi jeszcze moje bycie złośnikiem. Nie znoszę jak coś nie idzie, tak jak bym chciał, a rzeczy mają to do siebie, że rzadko idą zgodnie z planem. Myślę, że podczas fotografowania tych grubo ponad 100 potraw, przynajmniej kilkadziesiąt razy byłem bliski zawału, miewałem ataki duszności, niekontrolowane trzęsienie się różnych części ciała i pewnie doznałem wielu innych nerwowych przypadłości. Jestem po prostu nieznośny i doprawdy MZZLP zdecydowanie jest świętą kobietą, ponieważ nadal mnie znosi. Bez dwóch zdań.

Wracając jednak do samego fotografowania. Jakimś dziwnym trafem zazwyczaj zdjęcia jednak jakoś wychodzą, a część z nich uważam nawet za naprawdę fajne. Oczywiście za każdym razem muszę dostać ataku paniki, że na pewno zdjęcie nie wyjdzie ale koniec końców przecież blog działa i każda potrawa została sfotografowana. Moja rada dla nerwowych osób robiących amatorsko zdjęcia potraw: po pierwsze, przed „sesją fotograficzną” przygotujcie sobie telefon z wybranym numerem pogotowia. Po drugie, jeśli macie psychikę jeszcze bardziej zbliżoną do mojej, możecie mieć wybrany w telefonie numer egzorcysty. Po trzecie róbcie dużo zdjęć. Jeśli już macie potrawę gotową do obfotografowania, nie żałujcie migawki. Ja zazwyczaj mam gigantyczną serię zdjęć naszej potrawy, często składającą się z niemal identycznych ujęć. Ale przecież gdzieś tam jest to jedno dobre zdjęcie, które wyląduje na blogu. Po czwarte, zmieniajcie ustawienia aparatu, zmieniajcie ustawienia potrawy i swoje własne ustawienie względem potrawy. Eksperymentujcie. Każdy aparat, czy to mały kompaktowy aparacik, czy duża lustrzanka, ma mnóstwo opcji. Zapłaciliście za nie, więc z nich korzystajcie. W małych aparatach często są nawet specjalne programy tematyczne do fotografowania jedzenia. W dużych trzeba sobie wszystko ustawić samemu i z czasem okazuje się, że nie jest to aż tak trudne. Po któreś tam, róbcie zdjęcia szybko. Potrawa szybko traci swój ładny wygląd, a poza tym stygnie. My każdą fotografowaną przez nas potrawę zjadamy. Nie bawimy się w sztuczki fotografów żywności, którzy smarują mięso olejem silnikowym, a lody robią z ziemniaków. Zdjęcie musimy mieć zrobione szybko i potrawa po fotografowaniu musi nadawać się do spożycia. Inaczej będziemy tego dnia głodni. Co ciekawe, zauważyłem pewną złośliwość losu. Naprawdę bardzo często jest tak, że zdjęcie, do którego wcale się nie szykowałem wychodzi świetnie, a inne, nad którym siedziałem długo, wyszło mizernie. Druga dziwna przypadłość jest taka, że niezwykle często najlepszym zdjęciem okazuje się to, które zrobiłem jako ostatnie „ot tak na wszelki wypadek”, po tym jak wcześniej nacisnąłem spust aparatu tak wiele razy, że mi palec spuchł. Szkoda, że nie mogę zacząć od ostatniego zdjęcia „ot tak na wszelki wypadek”. Zaoszczędziłoby mi to sporo czasu i częściej jadłbym wszystko cieplejsze.

Mam nadzieję, że zdjęcia na naszym blogu nie są złe. W końcu często to właśnie zdjęcie może Was zachęcić do spróbowania jakiejś potrawy. Ciekawe też, które zdjęcie podoba się Wam najbardziej. Czekam na odpowiedzi :)




06 czerwca 2011
"Śpimy na miskach..."

Uwielbiam oglądać dobre programy kulinarne. Miotający się po kuchni Gordon Ramsay, będący połączeniem ADHD i syndromu Tourette’a, potrafi przygotować w mniej więcej minutę potrawę, na widok której chce się lizać ekran. Jeśli ktoś potrzebuje bardziej rodzinnej wersji, może obejrzeć programy Jamiego Oliviera, który jest tym wszystkim, czym nie jest Gordon Ramsay, czyli gotującym rozkosznym misiem panda. Wszyscy ludzie na świecie uwielbiają misie panda i wszyscy polubią też Jamiego. Jest jeszcze kulinarna bogini telewizyjna, czyli Nigella, która do jednego ciasta potrafi dodać więcej jajek i cukru, niż ma na składzie sporawa jednostka wojskowa na miesiąc. Te programy wciągają i można je oglądać jeden za drugim, opróżniając w międzyczasie nerwowo wszystkie resztki z lodówki i szafek.

Ilekroć oglądam któryś z tych programów, zawsze zachwyca mnie, że taki Gordon, Jamie panda, czy Nigella mają wszystko tak fajnie przygotowane do gotowania. „Teraz szybko dodajcie orzechy macadamia, 1 papryczkę chili i 2 łyżki likieru Cointreau.” Jakimś cudownym zrządzeniem losu, orzechy, chili i butelka Cointreau ślicznie stoi tuż pod nosem gotującego. I wszystkie sprzęty będą zawsze na wyciągnięcie ręki, choćby do przygotowania potrawy trzeba było użyć naraz 5 garnków, woka, miksera, maszyny do lodów i betoniarki. Nie wiem jak urządzone są Wasze kuchnie ale w naszej kuchni nigdy nie mamy wystarczająco miejsca, żeby trzymać na wierzchu maszynkę do mięsa, mikser, patelnie, doniczki ze świeżymi ziołami, stojak na wina i butelki z 25 różnymi rodzajami octu tak, jak mają zawsze w kuchniach telewizyjnych. Podczas gdy Gordon mówi nam z ekranu, żeby coś tam wrzucić do miksera, my nadal przestawiamy wszystko w szafce, w której schował się gdzieś cholerny durszlak, o którym Gordon wspominał dawno, dawno temu. Gordon, razem z Jamiem pandą i Nigellą zajadają już swoje potrawy, a my miotamy się, przerzucając wszystko z jednej części kuchni do drugiej i zmywając na bieżąco, bo nie mieścimy się z naczyniami.

Pewnie część z Was ma wspaniałe, wypasione, wielkie kuchnie, trzy razy większe od naszego mieszkania, które jest wielkości średniej szafy ale przyznacie chyba, że idea trzymania wszystkich możliwych urządzeń i składników na wierzchu po prostu nie zdaje egzaminu. Po pierwsze, wszystko to się kurzy. Po drugie, zrzuci to sobie na głowę Wasze dziecko, bądź Wam na nogę Wasz kot. Oczywiście można, a nawet należy, przygotować sobie stanowisko pracy, zanim zabierzecie się do gotowania, jednak kiedy widzicie takiego Gordona z tymi niezliczonymi patelniami, nożami, butelkami z winem i oliwą, itp., to musicie dojść do wniosku, że w normalnym domu, zwyczajnie nie ma takiej ilości wolnego miejsca.

Ten problem jest szczególnie zauważalny w naszym przypadku z kilku powodów. Otóż nasze mieszkanie, jak już wspomniałem, jest wielkości szafy, więc kuchnia jest raczej z tych niewielkich. Ponadto, dania azjatyckie wymagają najczęściej dodawania poszczególnych składników w odległości czasowej na poziomie 15 sekund. Musimy więc mieć wszystko naraz przygotowane zanim zaczniemy wrzucać składniki. Wreszcie ostatni, choć w sumie może i główny powód. Moja zdecydowanie znacznie lepsza połowa ma naturę naukowca, ponieważ nim jest. I nie mówię o naukowcu typu socjolog (z całym szacunkiem), tylko o takim prawdziwym, z probówkami, laserami i innymi super gadżetami. Rzeczona natura naukowca sprawia, że moja zdecydowanie znacznie lepsza połowa musi mieć wszystko przygotowane w kuchni, tak jakby miała przygotowane w laboratorium, czy gdzie tam naukowcy spędzają czas. Wszystkie składniki są odważone z dokładnością do miliardowej liczby po przecinku i wszystkie muszą być ładnie poukładane, w ładnych miseczkach. Nasz dom zamienił się więc w składowisko miseczek. Śpimy na miseczkach. Jest ich tak dużo, że dostanie się na czas do jakiegokolwiek urządzenia kuchennego, które nie stoi na wierzchu, czy też czegokolwiek innego, to prawdziwa sztuka. Jeśli kiedyś wygramy w totka, to kupimy mieszkanie, które będzie się składało z niewyobrażalnie gigantycznej kuchni, niewyobrażalnie gigantycznego składzika na miski, maleńkiej sypialni i takiegoż miejsca na biurko pod komputer. Jakby nie było, jak już zastawimy kuchnię probówkami (czytaj: miskami) z poszczególnymi składnikami, to mowy nie ma, żeby na blacie kuchennym zmieściło się cokolwiek.

Ciekawe, czy ktoś kiedyś nakręci program telewizyjny w takiej kuchni jak nasza. Myślę, że sporo osób boryka się z problemem braku miejsca i fajnie by było zobaczyć Gordona lub Jamiego pandę upchniętego w ciasnej kuchni w normalnym domu. Jestem pełen podziwu dla swojej zdecydowanie znacznie lepszej połowy, że w warunkach absolutnie niesprzyjających, potrafi za każdym razem przygotować doskonałe danie, które pozostaje tylko sfotografować ale o tym innym razem.





18 maja 2011
"Wespół w zespół"

Wchodzę do sklepu z artykułami azjatyckimi, przeglądam półki pełne świeżych warzyw i soczystych owoców. Ilość wonnych przypraw, których zastosowania nie umiem sobie nawet wyobrazić jest zdumiewająca. Nic, tylko przebierać w towarze i cieszyć się przystępnymi cenami. Taaa... chciałoby się. Nie ma tak lekko. Mieszkamy przecież na odizolowanej wyspie, na której w ogóle niewiele rośnie. Tym bardziej nie dojrzewają tu w ogrodach świeże gorzkie melony, a w pokrytej torfem ziemi nie kryją się okazałe korzenie galangala.

Jest w Reykjavíku kilka sklepów azjatyckich, w których się zaopatrujemy. Uwielbiamy w nich kupować ale ostatnie co można o nich powiedzieć, to to, że są w jakikolwiek logiczny sposób przewidywalne. Naprawdę byłbym gotów jeździć na drugi koniec miasta, gdybym miał pewność, że zawsze tam gdzieś dostanę świeże produkty. Teoretycznie, dostawy do naszych azjatyckich sklepów powinny przychodzić raz na tydzień. Ba... nawet rozszyfrowaliśmy już oficjalne terminy tychże dostaw do poszczególnych sklepów ale... Jak zawsze pojawia się jakieś „ale”. Po pierwsze, raz na jakiś czas, jacyś tajemniczy celnicy blokują dostawę. Czemu? Nikt nie wie. Ponadto, wygląda na to, że właściciele sklepów azjatyckich urządzają jakieś swoiste loterie, z cyklu: „W tym tygodniu wylosowane zostały następujące świeże produkty...”. Inna hipoteza jest taka, że właściciele azjatyckich sklepów dzwonią do swoich dostawców i proszą o przesłanie im czegokolwiek i o broń Panie Boże nie informowanie, co też im tym razem łaskawie dostawca dośle. Prawdę mówiąc trudno temat rozgryźć. Jakby nie było, skompletowanie niezbędnych składników do konkretnej potrawy, to długa droga i wymaga nielada cierpliwości.

Nasz dom co kilka dni zamienia się w swoiste centrum dowodzenia. Przedstawiciel męski naszej drużyny wyrusza na polowanie, a przedstawiciel żeński, obłożony książkami kucharskimi, podpięty do zestawu słuchawkowego i korzystający z szybkiego łącza internetowego, nadzoruje całą operację. Przedstawiciel męski przekazuje przedstawicielowi żeńskiemu na bieżąco informacje o dostępnych produktach, by ten poukładał to, co się da zdobyć, w jakieś danie. Ach, jakże byłoby pięknie, gdyby to było takie „proste”. Chciałoby się, nie? Nie ma tak łatwo. Najczęściej do przygotowania danej potrawy potrzebne są produkty z kilku sklepów. Załóżmy więc, że w sklepie A udało się nabyć np. galangal, papryczki chili, cukier palmowy i tajską bazylię. To za mało do stworzenia potrawy. Nie mamy jednak żadnej pewności, że w sklepie B uda się kupić pozostałe produkty. A jeśli przedstawiciel męski nabędzie część artykułów w sklepie A, a w sklepie B nie będzie można kupić reszty, to co zrobić z rzeczami ze sklepu A? Ale bądźmy optymistami i nawet załóżmy, że wszystko, co trzeba było kupić w sklepach azjatyckich, udało się zdobyć i teraz to już tylko pomidory zostały na liście. Łatwizna? Ha! Teraz do zmowy przeciwko nam dołączają zwykłe sklepy islandzkie. Powiedzmy sobie szczerze, pomidory zawsze są. Wszędzie. O każdej porze. Ale nie dziś. Dzisiaj, a jakże, dostawcy pomidorów mają strajk generalny. Tajny, bo jakoś nie poinformowali o nim nikogo. I pomidorów nie ma nigdzie i choćbyś odwiedził wszystkie sklepy w kraju, to pomidorów nie ma. Nawet jednej nieszczęsnej sztuki. Teoretycznie najprościej byłoby się zastrzelić lub pozwać Islandzki Związek Hodowców Pomidorów, o ile taki istnieje (a istnieje na pewno, bo na Islandii istnieje każdy możliwy związek ludzi robiących cokolwiek). Na szczęście w centrum dowodzenia, na stanowisku dyżuruje żeński przedstawiciel drużyny. Z prędkością operacyjną, której nie powstydziłyby się komputery NASA, sobie tylko znanymi sposobami, żeński przedstawiciel wynajduje potrawę, która składa się dokładnie z dzisiaj zdobytych przez męskiego przedstawiciela składników. Potrawa ta okazuje się strzałem w dziesiątkę. Pozostaje ją tylko ugotować, sfotografować i zjeść ale o tym innym razem.